I co Syzyf na to...

Już kiedyś pisałam chyba tu, na blogu, o ciężkich powrotach... nie tych do domu...
O konieczności znalezienia sensu w tych samych czynnościach, w podobnym miejscu będąc, o powrotach między ludzi i do tych samych zdarzeń.
Nie tylko sam powrót jest trudny, pamiętam jak wiele dla mnie znaczyło zbudowanie nowych planów, które niosły mnie, wyznaczenie standardów... zmierzenie tego "na co mnie stać" i potem "gonienie ogonka", a zaraz, zaraz po kilku kryzysach... moje pierwsze myśli: jak to? po co to? dla kogo? i dlaczego to nie wyszło? Wrócić trzeba i "zacząć się już bać na wstępie".
Czemu więc nieudane są powroty??? Bo nie miało prawa się udać...
Nasza wizja zderza się z pomysłami i wizją innych, nam się wydaje, i tak zakładamy - że my, rozumiejąc innych jesteśmy bliżej nich, i że oni znają nas lepiej. Że kiedyś byliśmy ok, że możemy więcej i sprawniej, że się nauczyliśmy i przydamy...
A nawet, że jesteśmy "nie do zastąpienia"...  Nic bardziej błędnego.

Ktoś na nas czasem postawi, ktoś inny - nie. Czasem życzy nam dobrze, a kiedy indziej inna osoba (szef, koleżanka) nie jest życzliwa - bo chętnie zatrudniłaby bardziej ugodową, spokojną i uległą osobę... zaprosiłaby do współpracy mniej kreatywnego a spolegliwego kolegę czy współpracownicę.
Nie o kompetencje - dziś właśnie, i często ostatnio - idzie...

O wiek, wytrzymałość, zdrowie, bycie na "już", na "dziś" i na "teraz" do dyspozycji...
Czy czas wymagań się skończył??? Nie, tych absurdalnych i tych niebotycznych - dopiero się zaczyna... zawsze twierdziłam, że praca jest dla człowieka, a nie człowiek - dla pracy. Że satysfakcja ważniejsza jest niż pieniądze, a jeszcze trzeba odczuwać zadowolenie, sens jej oraz mieć cel do realizowania - nie bać się tego co "zaskakujące i nierówne, zmienne w człowieku"...

Relacja z przełożonym - już dawno nie opiera się na zaufaniu i lojalności, jest wypadkową charakteru, nastroju, dnia i humoru, łamanego przez rodzinne trudności oraz frustracje przeżywane w dorosłości - wewnętrzne niepokoje oraz "doły" wynikające z wciąż zbyt niskiej samooceny szefa lub pracownika...
Wychodzą ludzkie przywary, nasze słabości i to, że nie tolerujemy tego "niekontrolowanego obnażenia się", upublicznienia wiedzy o nas samych. Wolimy pierwsi skrytykować i zaatakować, zanim ktoś dotknie naszego miękkiego i czułego ciała, ciała małża pozbawionego skorupy... pędraka bez korpusu. 
My, jak i inni otaczający nas, zagubieni w codzienności ludzie gonimy ogonek, nie dościgamy go...
I nie dościgniemy - też - pomysłów oraz pragnień drugiej osoby, bo nie przenikamy jeszcze - ani przez ściany, ani do skarbca... a empatia, powie ktoś?
Empatia dziś jest czymś passe, odchodzi... jak wstydliwa choroba weneryczna, osłabiająca umysł i ciało.
A my, mamy przecież być w "robocie" z żelaza, ze stali.... ba!!! z tytanu...    

Komentarze

Popularne posty