Zdecydowanie, od jutra...
Nie wiem jak robią to inne kobiety, ale ja wprowadzenie diety i ogólnych zmian żywieniowych, które ratowałyby moje samopoczucie, wagę i zmęczone już trochę stawy... zawsze planuje od jutra...
Mój kumpel ma swoje powiedzenie, że zrobi coś wtedy, kiedy kolejny raz będzie w Sanoku czy Sandomierzu. A że nie był tam nigdy, wszak wystarczy zaplanować to, wobec zaistniałych faktów, gdzieś - na świętej dygdy...
W mojej rodzinie utarło się więc zwyczajowe, 'kiedyś na mamę przyjdzie taki czas'... Nie warto naciskać, bo potrzeba nie ma tu wielkiego znaczenia. Robię coś z ochoty, zrozumienia, kajając się, albo nie robię wcale. Nie ulegam w ten sposób modom, stereotypom, no i muszę w tym dostrzegać jakiś mój cel lub choćby sens...
Dieta? Prędzej porzucę jakiś nawyk czy zniewalający mnie zwyczaj, uzależnienie, słabość. Z natury mam bowiem silną potrzebę autonomii. Potrzebę samodecydowania, zdecydowanego wyrażania swojego zdania i opinii. Mam też potrzebę wypowiedzenia się jako ostatnia. Decyzja musi więc być moja. Zwłaszcza o rzeczach, jakie mnie dotyczą. Nie znaczy to, że ignoruję innych. Wprost przeciwnie...
Nawet więcej, zbyt często strzegę cudzej wolności, dbam o nią, doceniam drzemiącą potrzebę u kogoś, najczęściej - kosztem swojej.
Wolność bowiem i kwestia niezależności podejmowania decyzji, jest dla mnie 'święta' i nie do ruszenia. Sama reaguję alergicznie na zamachy na moją własną, zwłaszcza w środowisku pracy czy w domu. Zaczynam być nieprzyjemna, i nieobliczalna w skutkach.
A to.... Zwykle boli obie strony sporu....
Wracając do kwestii diety oraz innego rodzaju samoograniczania się, uznaję je za obce mi i niecelowe.
I tak, mamy w życiu tyle ograniczeń jakie nakładają na nas inni, że dorzucanie do własnego i tak już przepełnionego ogródka kolejnych śmieci, spraw nie do przeprowadzenia, nie do zrealizowania, kończy się uczuciem porażki, niesmaku i niewygody, jedynie pod własnym adresem.
Odpuśćmy to zdecydowanie. Będzie nam lepiej samemu ze sobą!
Mój kumpel ma swoje powiedzenie, że zrobi coś wtedy, kiedy kolejny raz będzie w Sanoku czy Sandomierzu. A że nie był tam nigdy, wszak wystarczy zaplanować to, wobec zaistniałych faktów, gdzieś - na świętej dygdy...
W mojej rodzinie utarło się więc zwyczajowe, 'kiedyś na mamę przyjdzie taki czas'... Nie warto naciskać, bo potrzeba nie ma tu wielkiego znaczenia. Robię coś z ochoty, zrozumienia, kajając się, albo nie robię wcale. Nie ulegam w ten sposób modom, stereotypom, no i muszę w tym dostrzegać jakiś mój cel lub choćby sens...
Dieta? Prędzej porzucę jakiś nawyk czy zniewalający mnie zwyczaj, uzależnienie, słabość. Z natury mam bowiem silną potrzebę autonomii. Potrzebę samodecydowania, zdecydowanego wyrażania swojego zdania i opinii. Mam też potrzebę wypowiedzenia się jako ostatnia. Decyzja musi więc być moja. Zwłaszcza o rzeczach, jakie mnie dotyczą. Nie znaczy to, że ignoruję innych. Wprost przeciwnie...
Nawet więcej, zbyt często strzegę cudzej wolności, dbam o nią, doceniam drzemiącą potrzebę u kogoś, najczęściej - kosztem swojej.
Wolność bowiem i kwestia niezależności podejmowania decyzji, jest dla mnie 'święta' i nie do ruszenia. Sama reaguję alergicznie na zamachy na moją własną, zwłaszcza w środowisku pracy czy w domu. Zaczynam być nieprzyjemna, i nieobliczalna w skutkach.
A to.... Zwykle boli obie strony sporu....
Wracając do kwestii diety oraz innego rodzaju samoograniczania się, uznaję je za obce mi i niecelowe.
I tak, mamy w życiu tyle ograniczeń jakie nakładają na nas inni, że dorzucanie do własnego i tak już przepełnionego ogródka kolejnych śmieci, spraw nie do przeprowadzenia, nie do zrealizowania, kończy się uczuciem porażki, niesmaku i niewygody, jedynie pod własnym adresem.
Odpuśćmy to zdecydowanie. Będzie nam lepiej samemu ze sobą!
Komentarze
Prześlij komentarz